Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi przemekturysta z miasteczka Bydgoszcz. Mam przejechane 64159.16 kilometrów w tym 1419.46 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 13.27 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy przemekturysta.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 120.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

Magiczna Sobota 2011 - dzień pierwszy

Sobota, 20 sierpnia 2011 · dodano: 17.12.2011 | Komentarze 0


Przebieg trasy: Bydgoszcz-Bartodzieje, Łochowo, Gorzeń, Potulice, Nakło, Lubaszcz, Śmielin, Anieliny, Łodzia, Samostrzel, Bnin, Jadwiżyn-stacja PKP.
Piła-dworzec PKP, Skórka, Plecemin, Tarnówka, Osówka, Piecewo, Jastrowie, Samborsko.


TURKOLE oprócz organizowania własnych wycieczek, stara się również brać udział w imprezach proponowanych przez inne, zaprzyjaźnione kluby. Jednym z nich jest pilski oddział PTTK. W ciągu całorocznego sezonu wymienić należy co najmniej 5 wydarzeń, których jest autorem: „Pilska Setka” – kwiecień; „Rajd Staszicowski” – maj; „Rajd Szlakiem Umocnień Wału Pomorskiego” – czerwiec; „Soboty na Dwóch Kółkach” od czerwca do sierpnia oraz Rajd Rowerowy „Zakończenie Lata” – wrzesień. Z całej tej gamy wydarzeń udało mi się wziąć udział tylko w jednej (do tej pory dwa razy) imprezie w ramach „Sobót na Dwóch Kółkach”, zwanej „Magiczną Sobotą” z uwagi na fakt, że w przeciwieństwie do pozostałych jednodniowych, trwa ona dwa dni.
Również i w tym roku razem z innymi Turkolami postanowiłem „zaliczyć” kolejną „Magiczną Sobotę”. Tym razem jednak na miejsce zbiórki uczestników, które tradycyjnie miało miejsce w Pile postanowiłem, a właściwie wspólnie z moim klubowym kolegą Kajetanem postanowiliśmy udać się „na kółkach”. Pozostali uczestnicy pojechali do Piły pociągiem.
Z Bydgoszczy trasa prowadziła przez Łochowo, Gorzeń i Potulice dojechaliśmy do Nakła i po krótkim postoju ruszyliśmy dalej tą samą drogą. Niestety, ale za Nakłem wiatr do tego stopnia dał się nam we znaki, że zmuszeni byliśmy zrezygnować z pierwotnie zaplanowanej trasy i przed miejscowością Lubaszcz skręciliśmy w lewo. Początkowo trasa prowadziła ścieżką między polami uprawnymi, a potem przez las i po krótkim czasie dojechaliśmy do Anielin. W Anielinie na krótką chwilę zatrzymaliśmy się przy tamtejszej starej stacyjce kolejowej, by „cyknąć” jej kilka fotek. No cóż, budynki tego rodzaju mają swój urok. Szkoda tylko, że zaniedbywane stopniowo popadają w ruinę. Ruszyliśmy dalej przez Łodzię, Samostrzel i Bnin. I tu zaczęła się „Kołomyja” dlatego, że chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Osieka by zdążyć na najbliższy pociąg do Piły, bo jak wszystko wskazywało na to - jadąc rowerami nie zdążymy na czas. Sądziłem, że mój GPS „każe” mi jechać przez Żelazno i Dąbki, ale najwyraźniej wybrał krótszą drogę do Osieka - ścieżką między polami. Zdałem się na jego wskazania, ale już po przejechaniu kilkudziesięciu metrów kierował mnie z powrotem na drogę do Żelazna. Kiedy jednak zbliżyłem się do tej drogi, kazał mi wracać na ścieżkę między polami. Najwyraźniej Automapa nie jest chyba najlepszym pomocnikiem rowerzysty przy takich wyprawach. W końcu daliśmy sobie spokój z dalszą jazdą w kierunku Osieka i postanowiliśmy cofnąć się do Jadwiżyna, aby na tamtejszej stacji „złapać” najbliższy pociąg do Piły.
Kiedy już wsiedliśmy do wagonu czekała nas miła niespodzianka, bo na końcu składu w części „bagażowej” jechali nasi klubowi koledzy, czyli: Rajmund, Irek, Krzysiek i dwóch Bogusiów. Tym razem bez niespodzianek dojechaliśmy wreszcie do Piły. Z pilskiego dworca nie udaliśmy się jednak od razu na miejsce spotkania czyli Plac Zwycięstwa, ale tradycyjnie (jak w latach poprzednich) odwiedziliśmy pobliski bar. Po zakończonej konsumpcji (ja nie jadłem:)) wreszcie dotarliśmy na Plac.
Ku naszemu zdziwieniu byliśmy pierwsi. Jednak po krótkim czasie zaczęli przybywać coraz to nowi uczestnicy Rajdu i w ciągu 20 minut zebrała już się całkiem pokaźna grupa.
Zanim wystartowaliśmy, prowadzący i jednocześnie organizator „Sobót na dwóch kółkach” czyli Janek Balcerzak powiedział kilka słów na temat trasy, potem było zdjęcie pamiątkowe i ok. godz. 14.00 kolumna rowerzystów pomknęła ulicami Piły.
Trasa prowadziła przez Płotki, Skórkę, Plecemin, Tarnówkę, Piecewo aż do drogi wojewódzkiej nr 182 i po przejechaniu Jastrowia pojechaliśmy drogą w kierunku Sypniewa, by po kilku kilometrach skręcić w lewo na drogę prowadzącą bezpośrednio do Samborska.
Sama jazda odbywała się bez większych niespodzianek. Zrobiliśmy sobie tradycyjnie postój w Pleceminie, obok tamtejszej restauracji – przy okazji jednemu uczestnikowi trzeba było wymienić dętkę. W Tarnówce uzupełniliśmy zapasy, a w Piecewie czas postoju przeznaczyliśmy na zwiedzanie kościoła p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Świątynia ta została wybudowana w 1664 roku, pierwotnie jako zbór luterański (od 1945 r. kościół katolicki), przebudowana gruntownie w 1800 roku. W Samborsku byliśmy ok. godz. 19.00.
Nocleg mieliśmy zapewniony w tutejszej świetlicy. Ok. godz. 20.00 na małym placu za świetlicą rozpoczęliśmy nocne grillowanie połączone z rozdaniem nagród dla uczestników Rajdu. Godzinę później nasze towarzystwo przeniosło się z imprezowaniem do budynku. W końcu trzeba było się odrobinę rozgrzać, bo wieczór był dość chłodny oraz wypić za zdrowie organizatorów. Całość zakończyliśmy chwilę przed północą.

Rynek w Nakle © karolxii


Opuszczamy województwo kujawsko-pomorskie © karolxii


Tym razem PKP zapewniło nam "przedział dla rowerów";) © karolxii


Odprawa przed wyjazdem w trasę - Plac Zwycięstwa w Pile © karolxii


Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie grupowe i ruszamy w trasę © karolxii


Postój w Pleceminie © karolxii


Kołopilskie Eldorado © karolxii


Lasami w kierunku Tarnówki © karolxii


Czas uzupełnić zapasy. Postój przed sklepem spożywczym w Tarnówce. © karolxii


Uszkodzony most kolejowy przed Jastrowiem © karolxii


Do Samborska już niedaleko © karolxii


Tym razem nie było ogniska, ale był grill:) © karolxii


Czas wypić toast za spotkanie i za zdrowie organizatorów;) © karolxii


Z braku dobrego GPS-a musi wystarczyć dobra mapa i łyżka do odtworzenia dzisiejszej trasy © karolxii
Kategoria Interklubowa


  • DST 69.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z wizytą w Muzeum Ziemi Szubińskiej

Niedziela, 7 sierpnia 2011 · dodano: 26.11.2011 | Komentarze 3


Przebieg trasy: Bydgoszcz-Bartodzieje, Białe Błota, Kruszyn Krajeński, Rynarzewo, Kołaczkowo, Szubin, Godzimierz, Samoklęski, Tur, Zamość, Kruszyn Krajeński, Białe Błota, Bydgoszcz-Bartodzieje.

Tradycyjnie, bo już co najmniej od 14 lat TURKOLE z początkiem sierpnia każdego roku organizują wycieczkę do Muzeum Ziemi Szubińskiej. Również i w tym roku postanowiliśmy wybrać się do Szubina i nie tylko po to, aby tradycji stało się zadość.
Na miejsce spotkania wybraliśmy jak zwykle pętlę autobusową na bydgoskim osiedlu Błonie. Wyruszyliśmy krótko po godzinie dziewiątej grupą liczącą 9 osób:). Przebieg trasy również był standardowy, czyli przez Białe Błota, Kruszyn Krajeński i Rynarzewo. Tak więc po około 1,5 godziny jazdy z małym postojem w okolicach miejscowości Kołaczkowo, dojechaliśmy na miejsce bez żadnych problemów.
Muzeum to obecnie mieści się historycznym budynku Domu Polskiego, który zbudowany został w 1912 roku z funduszy społeczeństwa polskiego. Jego założycielem i jednocześnie pierwszym kustoszem był żyjący w latach 1918-2002 Zenon Erdmann, którego imieniem palcówka ta została w 2003 r. nazwana. Na miejscu przywitała nas pani Kamila Czechowska, która była jednocześnie naszym przewodnikiem. Tego dnia mogliśmy podziwiać wystawę pn. ”Podróż sentymentalna”, która powstała w oparciu o przekazane w formie darowizny, zbiory ok. 140 pocztówek przedstawiających dawne widoki byłego powiatu szubińskiego, czyli gmin Kcynia, Łabiszyn, Barcin i Szubin. Oczywiście można było zobaczyć również inne eksponaty, które na stałe są udostępnione zwiedzającym. Mi osobiście najbardziej podobała się makieta przedstawiająca średniowieczny zamek, który usytuowany był w pobliżu miasteczka. Po zakończeniu zwiedzania zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie całej naszej grupy w jednej z sal i podziękowaliśmy pani Kamili za poświęcony czas. W końcu niedziela jest dniem kiedy muzeum jest zamknięte.
Ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu postanowiliśmy zobaczyć jeszcze wyżej wspomniany zamek. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce oczom ukazały się nam ruiny, które tylko chyba sygnalizowały, że kiedy w przeszłości „coś” tu stało. Najdziwniejsze dla mnie było to, że budowla ta popadła w taką ruinę, mimo iż przetrwała takie trudne wydarzenia w historii Polski jak „Potop Szwedzki” czy III Wojna Północna, nie wspominając już o tych wojnach z poprzedniego stulecia.
Wreszcie po „lustracji” tych zamkowych pozostałości postanowiliśmy wracać do Bydgoszczy, ale troszkę zmienioną trasą czyli między innymi przez Tur, gdzie zrobiliśmy sobie tylko półgodzinny postój.
W Bydgoszczy byliśmy ok. godz. 14.00.

Jedziemy do Szubina © karolxii

Krótki postój na trasie © karolxii

Pilnie słuchaliśmy opowieści Pani Przewodnik © karolxii

To tylko niektóre z wystawianych pocztówek © karolxii

Na pamiątkę ... naszego pobytu:) © karolxii

Przed budynkiem muzeum w Szubinie. © karolxii

W tle - ruiny zamku szubińskiego. © karolxii

Białe Błota - powrót. © karolxii



Kategoria Klubowa


  • DST 54.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rajd Świętego Krzysztofa

Niedziela, 24 lipca 2011 · dodano: 24.11.2011 | Komentarze 1


Przebieg trasy: Bydgoszcz-Bartodzieje, Łochowo, Głęboczek, Olek, Zamość, Kruszyn Krajeński, Białe Błota, Bydgoszcz-Bartodzieje.

Impreza ta, której tym razem my jako Klub jesteśmy gospodarzami, nosi nazwę „Rajd św. Krzysztofa”. Dlaczego akurat postanowiliśmy zorganizować taki rajd. Ano z dwóch powodów. Po pierwsze Święty Krzysztof jest patronem kierowców, czyli możemy przyjąć że rowerzystów również;). Po drugie, w ten dzień nasz klubowy kolega Krzysiek Michalski obchodzi co roku swoje urodziny. Czyli powodów do zabawy nie brakuje:). Oczywiście muszę jeszcze wspomnieć, że nie jest to pierwszy „św. Krzysztof” przez nas zorganizowany i z pewnością nie ostatni.
Obchody tego dubeltowego święta jak co roku odbyły się w miejscowości Żurczyn, na terenie tamtejszych ogródków działkowych.
Początek naszego Rajdu jak zwykle miał swój początek przy Rondzie Grunwaldzkim nad Starym Kanałem. Zresztą zawsze wybieramy to miejsce, gdy decydujemy się jechać w kierunku Łochowa i dalej. Zbiórka o godz. 09.00. Na miejsce przybyło ok. 20 osób. Byliśmy tym mile rozczarowani, bo takiej frekwencji raczej się nie spodziewaliśmy.
Początek trasy to bardzo piękny odcinek. Prowadzi ścieżką rowerową przez park nad Starym Kanałem Bydgoskim. Potem wzdłuż ulicy Spacerowej i dalej aż do Łochowa, skąd drogą przez las po niedługim dojechaliśmy do Głęboczka. A stamtąd odbiliśmy w lewo w kierunku miejscowości Olek i już po chwili byliśmy na terenie ogródków działkowych w Żurczynie.
Po krótkich przygotowaniach rozpoczęliśmy nasze świętowanie. Nasz solenizant, czyli Krzysiek przygotował z tej okazji słodki poczęstunek i kawę oraz mały konkurs z nagrodami dla uczestników Rajdu. Reszta czasu upłynęła nam na pogawędkach i około godziny 12.30 zakończyliśmy nasze imprezowanie.

Prezes mówi, reszta słucha;) © karolxii


Jedziemy przez park nad Kanałem © karolxii


Łochowo © karolxii


Okolice Głęboczka © karolxii


Czas zacząć część kulinarną naszego Rajdu © karolxii


Nie ma to jak impreza na świeżym powietrzu, a w tle las i nie tylko ;) © karolxii


Nasza wesoła ekipa czyli Klubowicze i Goście © karolxii


Przygotowania do drogi powrotnej © karolxii



Kategoria Klubowa


  • DST 92.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

I Rodzinny Rajd z "Przygodą"

Niedziela, 10 lipca 2011 · dodano: 20.11.2011 | Komentarze 1


Przebieg trasy: Bydgoszcz-Bartodzieje, Strzyżawa, Czarnowo, Toporzysko, Zławieś Wielka, Pędzewo, Górsk, Czarne Błoto, Zarośla Cienkie, Gutowo, Rzęczkowo, Skłudzewo, Górsk, Zławieś Wielka, Czarnowo, Bydgoszcz-Bartodzieje.

Po górskich wojażach na rowerze, przyszedł ponownie czas na imprezy regionalne. Tym razem wzięliśmy udział w imprezie zorganizowanej przez Klub Turystyki Rowerowej „Przygoda” z Torunia, pod nazwą „I Rajd Rodzinny”.
Całe wydarzenie miało swój początek w małej miejscowości koło Torunia – Górsk, dokąd zresztą pojechaliśmy „na kołach”. Ponieważ Górsk leży ok. 30 km od Bydgoszczy, musieliśmy tym razem wyjechać odpowiednio szybko z Bydgoszczy i w związku z tym całą naszą wycieczkę rozpoczęliśmy wcześniej niż zwykle. Trasa prowadziła standardowo krajową 80-tką przez Czarnowo, Toporzysko i Pędzewo. Po przybyciu na miejsce zostaliśmy powitani przez organizatora i pozostałych uczestników wśród, których nie zabrakło oczywiście „Soleckich Torpedowców”. Na początek jak zwykle było pamiątkowe zdjęcie „ku pamięci potomnym”, krótka rozmowa na temat przebiegu trasy i wreszcie wystartowaliśmy.
Początkowo trasa wiodła „asfaltówką” przez Czarne Błoto i przed miejscowością Zarośla Cienkie skręciliśmy w ścieżkę, która prowadziła przez las w kierunku Gutowa. Zrobiliśmy sobie krótki postój w Złejwsi Małej, potem w kierunku Stanisławki. Dalej skręciliśmy na „Szlak Przyjaźni Toruń-Bydgoszcz” i dojechaliśmy ponownie do miejscowości Zarośla Cienkie. Po drodze postanowiliśmy „zahaczyć” o miejscowy sklep spożywczy. Tym razem niestety zmuszeni byliśmy trochę przedłużyć nasz postój z uwagi na dość silny deszcz. Wreszcie małymi grupami sprzed sklepu rozpoczęliśmy nasz powrót ponownie przez Czarne Błoto do Górska.
Po zakończeniu „rajdowej” części imprezy przyszedł czas na rozrywkę innego rodzaju, a mianowicie konkursy z nagrodami, które odbyły się na terenie boiska szkoły podstawowej w Górsku.
Ja postanowiłem wziąć udział w konkursie rzucania lotek do tarczy na punkty, ale raczej zakończyłem go z miernymi efektami. No cóż, kiepski ze mnie „rzutnik”.
Po konkursach miała miejsce część konsumpcyjna, czyli ognisko i kiełbaski – to już chyba standard. Całość zakończyło rozdanie nagród zwycięzcom.
Do Bydgoszczy wracaliśmy tą samą drogą, którą przyjechaliśmy ale niestety w strugach deszczu, który zaczął się nam ponownie dawać we znaki pod koniec całej imprezy.

Turkole, Torpedo i Przygoda - razem © karolxii

Prawie wszyscy uczestnicy Rajdu © karolxii

Na trasie © karolxii

Przed gminnym ośrodkiem kultury w ZłejWsi Małej © karolxii

Krótki postój w lesie niedaleko Zarośli Cienkich © karolxii

Nasz Prezes w akcji:) © karolxii

Tradycyjne ognisko z kiełbaskami © karolxii

Konsumpcja:) © karolxii



Kategoria Interklubowa


  • DST 42.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

51 Zlot PTK - dzień VIII

Sobota, 25 czerwca 2011 · dodano: 14.11.2011 | Komentarze 0


Przebieg trasy: Brzesko, Jadowniki, Wola Dębińska, Jastew, Dębno, Sufczyn, Łopoń, Więckowice, Wojnicz, powrót do Brzeska tą samą trasą.

Zaliczone gminy: Dębno, Wojnicz.

Mimo oficjalnego zakończenia Zlotu dnia poprzedniego, nie wszyscy siedzieli na walizkach gotowi do wyjazdu. Jeszcze tego ranka odbył się rejs statkiem po Jeziorze Rożnowskim. Nam również nie spieszyło się do wyjazdu, ponieważ pogoda tamtej pamiętnej soboty nie rozpieszczała nas. Od rana padał deszcz, raz mocniej a raz słabiej. W każdym bądź razie nie nastrajało to nas do opuszczenia naszych przytulnych pokoi. Ale cóż, trzeba było jechać. Co prawda do odjazdu pociągu do Warszawy mieliśmy jeszcze prawie 7 godzin, ale droga z Bartkowej-Posadowej do Brzeska skąd odchodził pociąg to ponad 40 km, a w czasie jazdy rowerem wszystko może sie zdarzyć ...;)
Moi klubowi koledzy wyjechali trochę wcześniej z ośrodka, a ja postanowiłem jeszcze trochę posiedzieć na miejscu. Znając ich tempo jazdy wiedziałem, że i tak ich dogonię więc za bardzo mi się nie spieszyło. Tym bardziej, że ciągle padało, a ja po cichu wierzyłem, że pogoda w końcu się poprawi. Na poprawę jednak się nie zanosiło i zdecydowałem się opuścić ośrodek. Kiedy już wsiadałem na rower, nagle pojawił się Andrzej ze swoim autkiem i zaproponował mi „podrzutkę” do Brzeska. Oczywiście skorzystałem z tej okazji, bo jazda rowerem w strugach deszczu nie za bardzo mi odpowiadała. Po około pół godzinie jazdy byłem już na miejscu.
Do odjazdu pociągu miałem ponad 5 godzin i pozostały czas postanowiłem wykorzystać na zwiedzenie jakiegoś ciekawego obiektu w pobliżu. Jeszcze w czasie jazdy Andrzej wiedząc, że będę miał sporo czasu do odjazdu, polecił mi zwiedzenie zamku w miejscowości Dębno, co też uczyniłem. Miejscowość ta znajdowała się 9 km od Brzeska w kierunku Tarnowa, a znalezienie zamku nie stanowiło żadnego problemu.
Kiedy dojechałem na miejsce zrobiłem kilka fotek, odwiedziłem sklep z pamiątkami znajdujący się w zamkowych murach, gdzie dostałem rewelacyjną pieczątkę w moim „kocie” i z uwagi na fakt, że pogoda jakby zaczęła się poprawiać postanowiłem pojechać sobie szosą w kierunku Tarnowa. Do Tarnowa jednak nie dojechałem i na wysokości miejscowości Wojnicz, zatoczyłem pętlę i zdecydowałem się wrócić do Brzeska. Po drodze jednak zacząłem żałować, że nie zwiedziłem zamku i znowu udałem się do Dębna. Była to jednak sobota i zwiedzanie odbywało się tylko do godz. 14.00, a ponieważ czternasta już dawno minęła, pocałowałem tylko klamkę. Usiadłem więc na ławce u podnóża zamku, zjadłem II śniadanie i po pół godzinie ruszyłem ponownie do Brzeska.
Kiedy dojechałem na miejsce od razu zadzwoniłem do moich kolegów klubowych, którzy dojechali tu przede mną i umówiliśmy się przed restauracją w pobliżu dworca kolejowego. Na miejscu zamówiliśmy coś do jedzenia, potem zrobiliśmy małe zakupy w pobliskiej Biedronce i przed godz. 16 wsiedliśmy do pociągu, który zawiózł nas do Warszawy.
Podróż na tym odcinku była rewelacyjna. Skład zawierał wagon z przedziałem do przewozu rowerów, a my sami siedzieliśmy sobie w wagonie bez przedziałów, ale za to w bardzo wygodnych siedzeniach. Pamiętając jednak jazdę pociągiem z Bydgoszczy do Katowic, zapytałem kierowniczkę pociągu czy skład, którym będziemy jechać z Warszawy do Bydgoszczy również będzie zawierał wagon z przedziałem przystosowanym do przewozu rowerów. Po sprawdzeniu w systemie okazało się, że takowy wagon jest przewidziany w tym składzie. Również dyżurny ruchu na dworcu w Warszawie Zachodniej przez megafon poinformował podróżnych, że takiego wagonu należy szukać w środku składu. Niestety, ale i tym razem PKP nas oszukało i po wagonie – ani śladu. Tak więc niemal całą trasę z Warszawy do Bydgoszczy, podobnie jak wcześniej z Bydgoszczy do Katowic spędziliśmy stojąc w zimnym korytarzu. Na domiar złego w czasie jazdy doszło niemal do rękoczynów między Rajmundem, mną a kierownikiem pociągu z Warszawy do Bydgoszczy. W każdym bądź razie interweniowało SOK, a my byliśmy bliscy napisania skargi na tego pana do władz PKP.


TURKOLE górą ;) © karolxii


Przed odjazdem trzeba trochę posiedzieć. Tak nakazuje tradycja:) © karolxii


Pierwszy Turkol gotowy do wyjazdu... © karolxii


... a za nim następni © karolxii


Zamek w Dębnie I © karolxii

Zamek w Dębnie II © karolxii


Zamek w Dębnie III © karolxii


Mały posiłek u podnóża zamku przed powrotem do Brzeska © karolxii



Kategoria Singlowa


  • DST 78.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

51 Zlot PTK - dzień VII

Piątek, 24 czerwca 2011 · dodano: 13.11.2011 | Komentarze 1


Przebieg trasy: Bartkowa-Posadowa, Rożnów, Witowice Dolne, Witowice Górne, Łęki, Kąty, Wojakowa, Rajbrot, Lipnica Murowana, Iwkowa, Wytrzyszczka, Tropie, Roztoka, Bartkowa-Posadowa.

Zaliczone gminy: Lipnica Murowana.

Oficjalnie rzecz ujmując - ostatni dzień Zlotu. Zaplanowana przez organizatora trasa była zatem ostatnią z pięciu, które mieli do pokonania uczestnicy. Do przejechania mieliśmy łącznie 62 km, szlakami na północny zachód od Bartkowej-Posadowej, a punktem kulminacyjnym była miejscowość Lipnica Murowana. Oczywiście i tego dnia nie obyło się bez niespodzianek.
Wyjechałem z ośrodka po godz. 9.00 i jak mapa zlotowa nakazała;), pojechałem w kierunku Rożnowa. Moje pierwsze zadanie polegało na „przeprawieniu się” na drugi brzeg Dunajca właśnie w Rożnowie. Po drodze minąłem grupkę trzech rowerzystów koło zamku Tarnowskich, którzy „rzucili” mi krótkie „cześć”.
Z początku nie za bardzo wiedziałem jak to zrobić i musiało minąć trochę czasu kiedy zorientowałem się, że powinienem skorzystać z czegoś, co organizator zaznaczył na mapie jako kładka, która z kolei okazała się być całkiem przyzwoitym mostem dla pieszych i nie tylko.
Po przekroczeniu Dunajca wjechałem na dość stromą drogę, której nawierzchnia została wyłożona płytami betonowymi. Oczywiście po wjechaniu na szczyt tej drogi czekała mnie jak to zwykle bywało na innych trasach zlotowych, dość ostra jazda w dół. I tak oto minąłem Witkowice Dolne. Zaraz potem chciałem zgodnie z planem jechać do Witkowic Górnych, ale omyłkowo pojechałem w kierunku Gierowej. I tu znowu minąłem tą samą grupkę trzech rowerzystów, którzy ponownie „rzucili” mi krótkie „cześć”. Zorientowałem się dopiero po kilku minutach, że coś jest nie tak z moim kierunkiem jazdy i od razu była „cofka”. Po kwadransie minąłem Witkowice Górne, następnie Łęki i dojechałem do wsi Kąty z zamiarem obejrzenia tamtejszego dworu i parku z 1900 roku.
Na miejscu spotkałem po raz trzeci grupkę rowerzystów z którymi już poprzednio się minęliśmy. Okazało się, że pochodzą z Ukrainy i zostali zaproszeni przez organizatorów zlotu do wzięcia w tej imprezie. Tego dnia również udali się na wycieczkę trasą wyznaczoną przez „mapę zlotową”. Po chwili rozmowy postanowiliśmy, że razem czyli Taras, jego syn Piotr oraz kolega Piotra, Igor i ja udamy się w dalszą drogę.
Niestety, ale początek nie był zbyt przyjemny. Kiedy zbliżyliśmy się na odległość kilku metrów do zabudowań dworku w Kątach i chcieliśmy zacząć robić zdjęcia, zauważyła nas jego właścicielka. Nie tylko głośno zaczęła się domagać abyśmy schowali nasze aparaty, ale kazała nam się stamtąd wynosić ponieważ wg niej naruszyliśmy własność prywatną. No cóż, może i miała rację, ale jednak jej zachowanie raczej nie świadczyło na korzyść polskiej gościnności. Tak więc „zbesztani i zrugani”;) ruszyliśmy w kierunku miejscowości Wojakowa. Tu mieliśmy więcej szczęścia, gdyż pochodzący z 1363 roku kościół gotycki, był otwarty i nie było żadnych przeciwwskazań ani protestów aby go zwiedzić. Następnym obiektem na naszej „liście” był drewniany kościół z XVI wieku p.w. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w miejscowości Rajbrot. Nie był co prawda otwarty dla zwiedzających, ale prezentował się na tyle ciekawie z zewnątrz wraz z dzwonnicą pochodzącą z przełomu XVIII i XIX, że wystarczyło kilka fotek „outdorowych”. Po „oględzinach” kościoła, uzupełniliśmy prowiant w miejscowym sklepie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejnym miejscem, które postanowiliśmy również zobaczyć był cmentarz nr 303 na którym pochowano żołnierzy armii rosyjskiej, austriacko-węgierskiej i niemieckiej, którzy zginęli w walkach na okolicznych terenach w dniach 6-12 grudnia 1914 roku (bitwa pod Limanową). Z cmentarza jadąc w kierunku Lipnicy Murowanej, skręciliśmy z głównej drogi w las, która z kolei zaprowadziła nas do następnej atrakcji tej wycieczki, jaką był pomnik przyrody zwany Kamienie Brodzińskiego. Pod tą nazwą kryje się grupa 9 skał w kształcie baszt, grzybów, ambon oraz skalnych występów, z których największy to „Wielki Kamień” o wysokości ok. 10 m i długość 16 m. Miejsce to trochę przypominało opisane już wcześniej przeze mnie „Skamieniałe Miasto”, z ta różnicą że w „Mieście” znajdowało więcej obiektów skalnych rozmieszczonych na większym obszarze. W tym miejscu postanowiliśmy zrobić sobie mały postój w celu dokładniejszego obejrzenia tych głazów oraz wrzucenia czegoś „na ruszt”. Wypoczęci i najedzeni po ok. 40 minutach jazdy dojechaliśmy wreszcie do Lipnicy Murowanej.
Zwiedzanie miasteczka rozpoczęliśmy od rynku i tutaj od razu skierowałem swoje kroki do urzędu gminy, gdzie otrzymałem śliczny stempel w moim „kocie”. Następnie klucząc wąskimi uliczkami Lipnicy, „wpadliśmy” do miejscowego domu kultury, a potem postanowiliśmy zobaczyć znajdujący się w graniczącej z Lipnicą Murowaną miejscowości Lipnica Dolna, drewniany kościół p.w. św. Leonarda z XV wieku. I ten kościół był również zamknięty, ale po kilku minutach pojawiła się przemiła pani, która miała pod swoją opieką tą świątynię i ku naszej radości udostępniła ją nam i innym turystom do zwiedzenia – za skromna opłatą. Przed kościołem spotkaliśmy mojego zlotowego kolegę Andrzeja (jechałem z nim piątego dnia zlotu do Grybowa), który zdecydował się pokonać tą trasę od przeciwnej strony niż tą, którą myśmy przyjechali. Ostrzegł nas abyśmy pod żadnym pozorem nie wracali do Bartkowej przez Las Miejski, bo czeka nas nie lada przeprawa przez błoto i kałuże. Co prawda jego rower był rzeczywiście dość mocno zabłocony, ale stwierdziliśmy, że i tak pojedziemy zgodnie z wyznaczoną trasą.
Po zakończeniu zwiedzania udaliśmy się zobaczyć już ostatni obiekt w Lipnicy, a mianowicie założoną (jako ostatnia) przez św. Urszulę Ledóchowską placówkę sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego. Obecnie budynek ten pełni również rolę ogólnodostępnego Domu Pielgrzyma. Ponieważ dwór Ledóchowskich był ostatnim obiektem do „zaliczenia” w Lipnicy Murowanej, opuściliśmy miasteczko i udaliśmy się w drogę powrotną do ośrodka.
Z uwagi na fakt, iż wytyczony szlak prowadził przez Las Miejski, zdecydowaliśmy się pojechać tą trasą, mimo wcześniejszych ostrzeżeń Andrzeja. Po kilkunastu minutach jazdy okazało się, że miał rację. Tak błotnistej ścieżki prowadzącej przez las jeszcze nie widziałem do tamtego dnia. Miejscami trzeba było po prostu przenosić rowery, uważając jednocześnie aby nie wpaść do kałuży. W dwóch miejscach po prostu woda przecięła nam drogę w poprzek ścieżki leśnej i w zasadzie chcąc iść dalej (o jeździe w ogóle nie było mowy) trzeba było taki „poprzeczny strumień” przeskakiwać. Na domiar złego w czasie naszej „błotnej gehenny” minął nas jakiś rolnik jadący wozem zaprzęgniętym w jednego konia, który nieźle nas ochlapał. Kiedy już wyjechaliśmy z lasu, nasze rowery wyglądały okropnie – brudne i oblepione jakimś szlamem. Jednym słowem aż wstyd się pokazać, a przecież czekała nas jeszcze dość długa droga powrotna. Na szczęście udało się znaleźć w pobliżu strumień w którym umyliśmy nasze pojazdy.
Po tej „błotnistej przygodzie” nasza droga powrotna do Bartkowej odbywała się bez żadnych przykrych niespodzianek.
W Iwkowej zobaczyliśmy pochodzący z XV wieku drewniany kościół p.w. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny i dalej jadąc przez Wytrzyszczkę dojechaliśmy do Tropia, gdzie znowu można było skorzystać z dobrodziejstwa tamtejszego promu. Na chwilę zatrzymaliśmy się też przy kościele p.w. śś. Andrzeja Świerada i Benedykta, który bardzo zaciekawił Tarasa, Igora i Piotra. Wreszcie jadąc dalej przez Roztokę i Rożnów przyjechaliśmy do ośrodka.
Zjadłem szybko kolację, wziąłem jak zwykle prysznic, przebrałem się w „cywilne” ciuchy i poszedłem dołączyć do reszty rowerowego towarzystwa, które wzięło udział w imprezie „ogniskowo-kiełbaskowej” kończącej 51 Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej.

Kładka przez Dunajec w okolicach Rożnowa © karolxii

W oddali widać zaporę na Jeziorze Rożnowskim © karolxii

Kościół gotycki p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Wojakowej © karolxii

Kościół p.w. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny z XVI w. w miejscowości Rajbrot © karolxii

Cmentarz z okresu I wojny światowej - Rajbrot © karolxii

Pomnik przyrody "Kamienie Brodzińskiego" na górze Paprotna © karolxii

Budynek urzędu gminy w Lipnicy Murowanej © karolxii

Zwiedzanie Lipnicy Murowanej © karolxii

Dom św. Szymona w Lipnicy Murowanej © karolxii

Kościół p.w. św. Leonarda z XV wieku w Lipnicy Murowanej © karolxii

Dwór Ledóchowskich - Lipnica Murowana © karolxii

Przez błota Lasku Miejskiego za Lipnicą Murowaną © karolxii

Kościół p.w. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny z XV wieku w Iwkowej © karolxii

Wracamy do ośrodka. I znowu na promie w Tropiu:) © karolxii

Impreza pożegnalna połączona z ogniskiem © karolxii



Kategoria Interklubowa


  • DST 88.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

51 Zlot PTK - dzień VI

Czwartek, 23 czerwca 2011 · dodano: 06.11.2011 | Komentarze 2


Przebieg trasy: Bartkowa-Posadowa, Lipie, Sienna, Jelna, Klimkówka, Nowy Sącz, Chełmiec, Marcinkowice, Chromanice, Zawadka, Świdnik, Łososina Dolna, Michalczowa, Wytrzyszczka, Gierowa, Rożnów, Bartkowa-Posadowa.

Zaliczone gminy: Chełmiec, Nowy Sącz.

Dzisiejszą trasę organizator zatytułował „Przez Nowy Sącz”, ale według mnie powinna sie nazywać dookoła Jeziora Rożnowskiego. Patrząc na mapę „zlotową” można śmiało dostrzec, że wiodła ona szlakami właśnie wokół Jeziora. Chociaż patrząc z drugiej strony, to rzeczywiście punktem kulminacyjnym był faktycznie Nowy Sącz. Jak się później okazało odcinek z Bartkowej-Posadowej do „New Sącz” przebiegł „jak po maśle”, czyli szybko i w zasadzie bez żadnych przeszkód. Natomiast druga część trasy w fazie końcowej była odrobinę trudniejsza.
Z ośrodka wyjechałem ok. godz. 9.00 i mknąc przez takie miejscowości Lipie, Sienna, Jelna, Klimkowa i Naściszowa dojechałem do Nowego Sącza. Przez ten cały czas właściwie nic ciekawego się nie działo, nic poza faktem, że dwa razy musiałem się zatrzymać aby ominąć procesję. No cóż w końcu to dzisiaj przypadło święto Bożego Ciała. Na tym odcinku poza widokiem na góry, nie dostrzegłem nic interesującego, co można by zwiedzić lub chociaż zatrzymać się na moment i zwyczajnie sobie popatrzeć.
Kiedy przyjechałem do Nowego Sącza postanowiłem przyjrzeć się odrobinę bliżej ruinom zamku. W sumie to nic ciekawego, a szkoda bo istnienie takiej budowli, która wyglądałaby jak zamek, znacznie podniosłoby atrakcyjność miasta. Tak więc chwilę posiedziałem sobie w parku sąsiadującym z ruinami, porozmawiałem z kilkoma uczestnikami zlotu i udałem się w okolice nowosądeckiego rynku.
Dzisiaj główny plac miasta nie wyglądał tak ciekawie jak w dniu otwarcia zlotu. Właściwie to był opustoszały i gdyby nie fakt, że spotkałem koleżankę „zlotową” z którą chwilę porozmawiałem – nie zabawiłbym tam ani sekundy. Tak więc po krótkiej rozmowie postanowiłem zobaczyć miejscową synagogę. Miałem wrażenie że po ostatniej wojnie takich obiektów nie ma już właściwie w Polsce, ale jednak myliłem się bo w końcu podczas mojego pobytu w tym regionie był to drugi obiekt tego rodzaju. Nie dane mi było go zwiedzić – zamknięta. Tak więc postanowiłem opuścić Nowy Sącz i udać się w dalszą drogę, jak organizator przykazał :). Zanim jednak to zrobiłem ponownie udałem się w okolice ruin zamku i tam znowu spotkałem kolejną grupkę „zlotowców” do której postanowiłem dołączyć. Mieli w planie obejrzenie kościoła św. Heleny z 1686 roku. Po obejrzeniu bryły kościoła i sąsiadującego z nim cmentarza udaliśmy się w dalszą drogę. Po chwili zorientowałem się jednak, że grupa do której dołączyłem nie zamierza jechać wytyczonym szlakiem. Podziękowałem za wspólną jazdę i niestety, ale musiałem cofnąć się o kilkaset metrów chcąc wrócić na właściwą trasę.
Nie żałowałem mojej decyzji ani trochę, bo kolejnym etapem mojej podróży była ścieżka przyrodniczo-leśna „Rdziostów” wytyczona na obszarze Lasu Chełmieckiego. Kiedy dojechałem do jej początku byłem trochę zdziwiony kiedy zostałem przywitany przez zamknięty szlaban, ale po chwili zorientowałem się, ze stanowi on tylko blokadę dla smrodziarzy-samochodziarzy. Ścieżka była bardzo dobrze oznakowana, co kilkadziesiąt metrów można zauważyć tablice informacyjne dotyczące tego szlaku. Tak więc po przejechaniu ok. 2 km „szutrówką” mając dookoła tylko widoki pięknego lasu, dojechałem do końca ścieżki również z tej strony zamkniętej szlabanem i znalazłem się w Marcinkowicach.
Tutaj odwiedziłem dwa kościoły. W mojej pamięci utkwił przede wszystkim ten drugi ponieważ tam otrzymałem moją pierwszą pieczątkę w „kocie” z tego dnia. W sumie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że wraz z innymi „zlotowcami-kolekcjonerami” pieczątek, których tam spotkałem przerwaliśmy miejscowemu proboszczowi obiad:). Na szczęście przywitał nas tylko z uśmiechem i życzył szerokiej drogi. No cóż - w dniu poprzednim spotkałem się z trochę inną, mniej przyjemną postawą duchownego.
Ruszyłem dalej w kierunku miejscowości Chromanice i tam z kolei obejrzałem sobie drewniany kościół parafialny p.w. Najświętszej Marii Panny, zbudowany w roku 1692 o konstrukcji zrębowej z barokowym i rokokowym wyposażeniem wnętrza. Tam również spotkaliśmy bardzo miłego księdza, który obdarował mnie i innych zlotowców stemplami.
I znowu w drogę, ale tym razem czekał mnie podjazd pod bardzo stromą górkę. Uff...dałem radę, a mój trud został wynagrodzony bardzo pięknymi widokami gór i widokiem na Jezioro Rożnowskie.
Po przejechaniu Zawadki i Świdnika dojechałem do miejscowości Łososina Dolna. Chciałem tam zobaczyć dwór eklektyczny z 1905 roku, ale posesja okazała się być prywatną, szczelnie otoczona płotem i zamknięta dla ciekawskich. Pojechałem więc dalej i zwiedziłem sobie miejscowe lotnisko. Dostałem kolejną pieczątkę. Najciekawsze jednak było to, że za niewielkie pieniądze można było sobie polatać samolotem – oczywiście w charakterze pasażera. Szkoda, że na dzień następny miałem już zaplanowaną wycieczkę, bo z pewnością bym skorzystał.
Po zwiedzeniu lotniska pojechałem w kierunku Michalczowej. Minąłem tamtejszy kościół p.w. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. – kolejny przykład nowoczesnej architektury sakralnej. Dalej czekał mnie odcinek trasy, który ku mojej uciesze miał prowadzić przez las.
Przejechałem zabudowania Michalczowej i wjechałem na asfaltówkę prowadzącą częściowo przez las. Jechało się bardzo miło, aż do momentu gdy mając wątpliwości co do wyboru właściwej drogi (GPS z automapą na wiele się nie zdał), zatrzymałem przejeżdżający samochód. Kierowca (tubylec) stwierdził, że powinienem się cofnąć, bo ta droga zaprowadzi mnie raczej na manowce, niż do punktu do którego zmierzam. Podziękowałem za dobrą radę i mimo to postanowiłem jechać dalej, wierząc że trasa zaplanowana przez organizatora prowadzi raczej przez miejsca warte zwiedzenia, a nie nieprzejezdne wertepy. Dalej droga z asfaltówki, zmieniła się wkrótce w typową drogę leśną i po kilkuset metrach ... po prostu się skończyła. Skończyła się też nie tylko droga, ale i las a ja miałem przed sobą dość sporej wielkości pole uprawne. Zatem chcąc jechać, a właściwie iść dalej zmuszony byłem zsiąść z roweru i zrobić sobie „spacer” przez pole. Zauważyłem jednak, że kilkanaście metrów wstecz od miejsca w którym stałem, cofając się do lasu jest droga leśna, oznakowana nawet jako czarny szlak. Podszedłem bliżej i okazało się, że opada ona dość stromo w głąb lasu i jest zapiaszczona. Po chwili wahania, mimo iż żal było mi tego odcinka trasy zdecydowałem się wracać do najbliższego rozwidlenia dróg. Pomknąłem z powrotem przez las i kiedy dojeżdżałem do jego skraju, w oddali zamajaczyły mi trzy postacie na rowerach. Podjechałem bliżej i owe postacie okazały się być trzema zlotowiczami, którzy podobnie jak ja, postanowili przejechać trasę dokładnie tak jak zostało to zaplanowane. Poinformowałem ich „jak sprawy się mają”, ale oni wszyscy trzej zgodnie stwierdzili, że trzeba jechać zgodnie z mapą zlotową. Doprowadziłem zatem kolegów do tego miejsca gdzie kończyła się droga i spotkaliśmy tam miejscową kobiecinę, która wyjaśniła nam, że na przedłużeniu tej zakończonej drogi jest tylko jej „chałupa” oraz pole, a jeżeli chcemy trzymać się wyznaczonej trasy to musimy jechać dokładnie tą ścieżką, prowadzącą w głąb lasu, której to piaszczystość tak mnie wystraszyła. Tak dokładnie zrobiliśmy, a ścieżka ta nie była w sumie najgorsza i wyprowadziła nas z lasu. Niestety, do czyjegoś ogrodu. I znowu mieliśmy szczęście bo akurat jego właściciele odpoczywali sobie przed domem i ci poinformowali nas, że szlak którym chcieliśmy jechać nie jest dobrze widoczny bo ktoś ... ukradł słup wraz z namalowanym na nim znakiem. Tak więc powinniśmy cofnąć sie do lasu i na końcu tej zapiaszczonej ścieżki skręcić w prawo. Tak też zrobiliśmy i w końcu udało się. Wyjechaliśmy dokładnie na drogę przy której kilkadziesiąt metrów dalej znajdował sie zamek Tropsztyn – miałem okazję oglądać go już 3 dni temu. Dalej wspólnie dojechaliśmy do miejscowości Gierowa, aby tam w miejscowym sklepie uzupełnić zapasy i zrobić sobie półgodzinny odpoczynek. Teraz czekał nas już tylko ostatni i naprawdę miły odcinek do pokonania w połowie którego, dwóch z napotkanych kolegów postanowiło odłączyć się. Tak więc do ośrodka dojechałem już tylko z jednym z nich – Bronkiem.
Kiedy dojechałem na miejsce, zjadłem szybko kolację i doprowadziłem do porządku, bo tej nocy postanowiłem wziąć udział w imprezie, która odbyła się w naszej ośrodkowej świetlicy.

Jedna z kilku procesji, które udało mi się mijać tego dnia © karolxii

Ruiny zamku w Nowym Sączu © karolxii

Synagoga w Nowym Sączu © karolxii

Kościół św. Heleny z końca XVII wieku © karolxii

Początek ścieżki przyrodniczo-dydaktycznej w Lesie Chełmieckim © karolxii

Drewniany kościół w Marcinkowicach © karolxii

Kościół Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny w Marcinkowicach © karolxii

Drewniany kościół parafialny p.w. Najświętszej Marii Panny w Chromanicach © karolxii

Okolice miejscowości Zawadka © karolxii

W oddali widać Jezioro Rożnowskie © karolxii

Telewizja satelitarna "pod strzechy":) - okolice Łosiny Dolnej © karolxii

Hangar na lotnisku Aeroklubu Podhalańskiego w Łosinie Dolnej © karolxii

Pomoc "tubylców" to pomoc bezcenna;) - śliczne dzięki dla tej Pani © karolxii

Przed sklepem w Gierowej © karolxii



Kategoria Interklubowa


  • DST 76.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

51 Zlot PTK - dzień V

Środa, 22 czerwca 2011 · dodano: 24.10.2011 | Komentarze 1


Przebieg trasy: Bartkowa-Posadowa, Przydonica, Jasienna, Lipnica Wielka, Jankowa, Bobowa, Jeżów, Wilczyska, Wojnarowa, Korzenna, Łyczana, Janczowa, Miłkowa, Przydonica, Barkowa-Posadowa.

Zaliczone gminy: Bobowa, Grybów – obszar wiejski.

Dzisiejsza trasa zaplanowana przez organizatora była najdłuższą ze wszystkich - do przejechania dystans 67 km.
Po wyjściu z mojego lokum zauważyłem przygotowującego się do opuszczenia ośrodka „kolegę- złotowca”, z którym już w dniu wczorajszym miałem okazję spotkać się przed Skamieniałym Miastem i podczas powrotu do ośrodka na wysokości miejscowości Bukowiec czyli Andrzeja Bogusza z Chrzanowa. Po krótkiej rozmowie postanowiliśmy, że wspólnie wyruszymy na „podbój” Bobowej.
Pojechaliśmy więc drogą w kierunku miejscowości Przydonica i tam też w sklepie naprzeciwko kościoła zrobiliśmy sobie chwilowy postój celem uzupełnienia zapasów i porozmawialiśmy z grupką uczestników zlotu, którzy właśnie zrobili sobie również postój, ale odrobinę dłuższy. Po jakimś czasie ruszyliśmy w kierunku miejscowości Lipnica Wielka, aby obejrzeć tamtejszy kościół i po drodze minęliśmy wracających właśnie do ośrodka moich kolegów klubowych Bogusia i Rajmunda. No cóż, nie było czasu się zatrzymywać więc jednemu z nich udało mi się naprędce „cyknąć” fotkę.
Jadąc dalej w pewnym momencie zacząłem zjeżdżać z górki i po chwili zdałem sobie sprawę, że zostawiłem gdzieś Andrzeja z tyłu. Okazało się, że jestem w pobliżu małej wsi pn. Górna Wieś, czyli jak wynikało z „mapy zlotowej” zamiast w pewnym momencie skręcić w lewo – pojechałem prosto. Cofnąłem się jak najszybciej, ale mojego współtowarzysza już nie dojrzałem. Postanowiłem czym prędzej nadrobić stracony czas i spojrzałem na mojego GPS’a, w którym to miałem ustawioną trasę w kierunku Lipnicy Wielkiej i ruszyłem zgodnie ze wskazaniami. Niestety, ale jak się później okazało to był błąd. Powinienem raczej spojrzeć na mapę zlotową i jechać zgodnie z jej wytycznymi. Moją nieuwagę i bezkrytyczną niemal wiarę w nieomylność nawigacji przypłaciłem koniecznością jazdy po wąskiej ścieżynie, a potem to już nawet po czyimś polu, przechodząc nawet przez „elektrycznego pastucha”. I tak miałem szczęście, że spotkałem miejscową „babinkę”, która wskazała mi dalszą drogę (to nic, że przez pole – psów nie było) jak wrócić na szlak, który zgubiłem i który prowadził prosto do Lipnicy. Kiedy już na niego wróciłem jechało się wspaniale, czyli po asfaltówce i z górki:).
Niedługo potem dojechałem na miejsce. Kościół p.w. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny to budowla z XIV wieku z wyposażeniem gotycko-rokokowym. I kiedy tak sobie oglądałem ten kościółek ku mojej uciesze nadjechał Andrzej ! Jedyne co miał mi do powiedzenia to, że zbaczając ze szlaku straciłem możliwość obejrzenia zaśnieżonych szczytów Tatr, które były widoczne z miejsca gdzie należało skręcić w lewo, a nie tak jak ja to zrobiłem jechać prosto. No cóż trudno, ale jak się później okazało nie była to jedyna rzecz jaką straciłem tego dnia:(
Pojechaliśmy dalej, ale podczas jazdy musieliśmy uważać aby nie przejechać drogi prowadzącej do miejscowości Jankowa, która była kolejnym punktem na naszej trasie. Nie było jednak problemu z jej znalezieniem, bo był to po prostu całkiem dobrze oznakowany szlak – zielony szlak, a poza tym pomogła nam pewna miła „tubylczyni”. Trzeba było jednak się sporo natrudzić, aby przejechać ten odcinek do Jankowej ponieważ nachylenie drogi było dość spore. Nie zatrzymaliśmy się jednak w samej miejscowości, bo nie było w sumie czego zwiedzać, więc pojechaliśmy prosto do Bobowej.
Do miasteczka wjechaliśmy od strony stacji kolejowej Bobowa Miasto i od razu pojechaliśmy obejrzeć gotycki kościół p.w. Wszystkich Świętych z XIV w. Następnie zwiedziliśmy pochodzącą z II poł. XVIII wieku synagogę, a następnie późnogotycki kościół cmentarny pw. Św. Zofii z II poł. XV w. z ogrodzeniem z XVII i XIX w.
Najbardziej utkwiła mi w pamięci wizyta w synagodze, ponieważ aby ją zwiedzić należy podejść do sąsiadującego zakładu fryzjerskiego i poprosić jego właściciela o otwarcie świątyni. Oczywiście przemiły starszy pan spełnił naszą prośbę i wraz z Andrzejem mieliśmy okazję zobaczyć jej wnętrze wraz z wyposażeniem, czyli bimę i piękny Aron ha-kodesz. Po zakończeniu zwiedzania, przemiły pan fryzjer powiedział: „A teraz poproszę od panów po 5 złotych od każdego” :).
Zanim opuściliśmy Bobową, udaliśmy się na miejscowy rynek, aby w cieniu parasolek odpocząć od słońca przed dalszą podróżą i delektując się lodami kupionymi w rynkowej lodziarni, która pełni jednocześnie rolę mini-muzeum etnograficznego. Wyjeżdżając z miasteczka „zahaczyliśmy” jeszcze o dworek (niestety w opłakanym stanie) rodziny Długoszowskich, czyli dawnych właścicieli Bobowej. Z rodziny tej pochodził osobisty adiutant Józefa Piłsudskiego – Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Pojechaliśmy również zobaczyć tamtejszy kirkut, ale niestety był zamknięty dla zwiedzających chociaż składał się jedynie z kilku nagrobków i jednego ohela. Następnym obiektem na naszej liście był renesansowy dworek obronny w Jeżowie. I ten niestety wyglądał na obiekt częściowo zaniedbany, ale pocieszający był fakt że nie stał opuszczony, ale stanowił siedzibę, a co za tym idzie był pod opieką szkoły plastycznej. Na koniec wizyty w dworku otrzymałem piękną pieczątkę z wizerunkiem tej budowli w moim „kocie”. Wreszcie ostatnim obiektem, który postanowiliśmy zwiedzić był skansen pszczelarstwa w Stróżach „Sądecki Bartnik” założony w 1991 roku. Na terenie owego skansenu możemy między innymi zobaczyć kolekcję ponad 100 uli. Andrzej postanowił napić się miodu w Bartnej Chacie, a potem odwiedziliśmy jeszcze sklep – „Miodową Spiżarnię”.
Po zwiedzeniu skansenu zapadła decyzja o powrocie do ośrodka, mimo iż w planie było jeszcze zwiedzanie Grybowa. Zbliżała się jednak godzina 18.00, a przed nami było jeszcze do pokonania prawie 40 km. Tak więc cofnęliśmy się jeszcze w kierunku miejscowości Wilczyska, a potem przez Wojnarową dojechaliśmy do Korzennej, gdzie „rzuciliśmy okiem” na kościół p.w. Matki Boskiej Szkaplerznej, a następnie drewniany dworek z XIX wieku. Dworek co prawda jest zamieszkany, ale i bardzo zaniedbany – przydała by się porządna renowacja.
Dalej przez Janczową, dojechaliśmy do Przydonicy i zatrzymaliśmy się przy sklepie (tym samym w którym zrobiliśmy sobie postój na początku wycieczki), aby zrobić sobie zapasy na dwa dni z uwagi na jutrzejsze święto Bożego Ciała. Chciałem skorzystać z okazji i załatwić sobie stempelek w „kocie” z miejscowego kościoła, ale trafiłem niestety na bardzo niemiłego proboszcza, który mówiąc delikatnie, zbeształ mnie za to, że śmiem mu zawracać głowę podczas przygotowań do Świąt. Podobno w tym dniu byłem nie pierwszym, który mu przeszkodził w przygotowaniach. Pozostawiam bez komentarza ...
Do ośrodka zajechaliśmy po godz. 20.00 po przejechaniu łącznie 76 km. W sumie to dziwne, bo przecież pojechaliśmy na skróty omijając Grybów, a w całości przejechana trasa miała wg. organizatora mieć 67 km. Nieważne. Chociaż nie zaliczyłem całej trasy tego dnia (i tylko tego), to i tak miłe wspomnienia z wycieczki pozostaną już do końca życia.

Kościół w Lipnicy Wielkiej © karolxii

A może jednak pociągiem, a nie rowerem;) © karolxii

Kościół p.w. Wszystkich Świętych © karolxii

Widok rynku © karolxii

Synagoga i ... © karolxii

... jej wnętrze © karolxii

Kościół p.w. św. Zofii © karolxii

Odpoczynek od słońca w lodziarni przy rynku © karolxii

Dwór Długoszowskich © karolxii

Dwór obronny Jeżowskich w ... Jeżowie:) © karolxii

Restauracja w Skansenie Pszczelarstwa i ... © karolxii

... sklep, gdzie można się zaopatrzeć w "miód procentowy" na drogę © karolxii

Kościół p.w. Matki Boskiej Szkaplerznej w Korzennej i ... © karolxii

... dworek drewniany © karolxii

Kategoria Interklubowa


  • DST 65.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

51 Zlot PTK - dzień IV

Wtorek, 21 czerwca 2011 · dodano: 20.10.2011 | Komentarze 1


Przebieg trasy: Bartkowa-Posadowa, Paleśnica, Jamna, Siekierczyna, Kąśna Górna, Ciężkowice, Zborowice, Pławna, Bukowiec, Przydonica, Bartkowa-Posadowa.

Zaliczone gminy: Ciężkowice, Korzenna.

Wstałem ok. godz. 8.00. Chociaż byłem jak najbardziej wyspany, to jednak dalej czułem się „grypowo”. Szkoda jednak życia i „zlotowego” czasu na chorowanie. Zjadłem śniadanie, przygotowałem sobie lekki prowiant i znowu ruszyłem w trasę.
Jak zwykle pojechałem zgodnie z trasą ustaloną przez organizatora, czyli przez Paleśnicę do miejscowości Jamna. Kiedy zacząłem zbliżać się do Jamnej w oddali zobaczyłem rowerzystów pchających swoje maszyny pod górkę. Powiedziałem sobie jednak, że nie zsiądę z roweru choćbym miał pedałować nie wiadomo jak ciężko. Niestety bardzo szybko zmieniłem zdanie. Do tej pory miałem okazję jechać różnymi, o różnym stopniu nachylenia drogami. Kiedy jednak jechałem szlakiem od Paleśnicy do Jamnej w pewnym momencie droga osiągnęła takie nachylenie, że nie byłem wstanie pedałować nawet przy optymalnym ustawieniu przerzutek. Zsiadłem więc z mojego „górala” i dalej prowadząc go, piechotką wlazłem sobie na górę, gdzie czekały na mnie pierwsze obiekty do zwiedzenia. A były to: Sanktuarium Matki Boskiej Niezawodnej Nadziei oraz powstała w wyremontowanej szkole, Szkoła Wiary zwana Domem Św. Jacka - pierwszego polskiego Dominikanina. Po zwiedzeniu wnętrza kościoła (gdzie wpisałem się do księgi pamiątkowej) oraz bardzo osobliwych zabudowań Domu powstałych w stylu drewnianego miasteczka niemal jak z filmów o Dzikim Zachodzie, udałem się dalej w drogę wyznaczonym szlakiem.
Zaraz po opuszczeniu zabudowań i zjechaniu z bardzo stromej górki, na drodze prowadzącej do miejscowości Siekierczyna spotkałem towarzysza mojej dalszej podróży – Franka Wojczyka z KTK Amator Ozimek. No cóż, był to dla mnie zaszczyt mogąc jechać wspólnie z człowiekiem, który przemierzył trasę z Warszawy przez Rosję, aż do Pekinu, nie omijając w drodze powrotnej do kraju Mongolii – oczywiście nie tylko na rowerze. Po przejechaniu kilku kilometrów, spotkaliśmy na naszej drodze jadących krótszą trasą moich klubowych kolegów: Rajmunda, Bogusia i Bogdana. Jednak wspólna jazda nie trwała długo, bo i oni trzymali się zaplanowanej trasy (tej krótszej) i po jakimś czasie zniknęli nam z oczu wracając do ośrodka. Trzymając się szlaku, minęliśmy Siekierczynę, Kąśną Górną oraz Dolną i dojechaliśmy do Ciężkowic.
Od razu udaliśmy się do miejscowego sklepu w celu uzupełnienia zapasów, posililiśmy się odrobinę i postanowiliśmy odwiedzić dwa najciekawsze obiekty w tym miasteczku. Mianowicie znajdujący się w sąsiedztwie rynku odbudowany po pożarze w stylu neogotyckim, kościół p.w. św. Andrzeja oraz usytuowany w centralnym punkcie rynku, pochodzący z przełomu XVIII i XIX w. klasycystyczny ratusz. Kościół robił naprawdę niezłe wrażenie, jak na budowlę, która została odbudowana niemal w całości po pożarze, który wybuchł tutaj w 1830 roku. Ratusz akurat był zastawiony rusztowaniami, a w samym wnętrzu jak i na zewnątrz odbywały się prace remontowe. Czyli nie było możliwości zrobienia porządnych zdjęć, a tym bardziej zwiedzenia wnętrz. Jedynie punkt informacji turystycznej był cały czas czynny, z czego zresztą skorzystaliśmy i dzięki temu mieliśmy okazję posłuchać kilku ciekawych rzeczy opowiedzianych przez bardzo miłą panią, o miasteczku oraz jego okolicach. Na koniec dostałem naprawdę piękną pieczątkę w moim „kocie” i ruszyliśmy zobaczyć kolejny obiekt warty zwiedzenia, czyli rezerwat przyrody zwany „Skamieniałe Miasto”.
Na częściowo zalesionej powierzchni ok. 15 ha można spotkać kilkanaście skał o bardzo specyficznych kształtach, którym nadano ciekawe nazwy jak np. Borsuk, Cyganka, Piramidy. Obiekty te można zobaczyć, idąc znajdującym się na terenie rezerwatu niebieskim szlakiem.
Po zwiedzeniu „skamielin” pojechaliśmy w kierunku Zborowic, aby obejrzeć tamtejszy kościół zbudowany w XVI wieku w klimacie późnego gotyku p.w. św. Marii Magdaleny. Ostatnim obiektem, który postanowiliśmy zobaczyć na tej trasie był kościół p.w. Najświętszej Panny Maryi Wniebowziętej w miejscowości Bruśnik. Kościół zbudowany został w stylu neoromańskim, ale wyposażenie jego wnętrza pochodziło z przełomu XVII i XVIII wieku. Zanim jednak poszliśmy zobaczyć kościół, zatrzymaliśmy się przed miejscowym sklepem aby napełnić nasze wygłodzone żołądki i kupić sobie coś jeszcze na drogę powrotną.
Za Bruśnikiem musieliśmy rozstać się z Frankiem, który poganiany przez czas i obowiązki musiał szybciej znaleźć się w ośrodku. Nie mogłem wracać z nim razem, gdyż tempo jazdy narzucone przez niego znacznie przewyższało moje możliwości kondycyjne. Tak więc nie rozwijając zawrotnych prędkości i trzymając się wyznaczonej trasy, pojechałem w kierunku Bukowca i dalej przez Mieścinę, Podole-Górowa oraz Przydonicę. Ten ostatni odcinek był naprawdę przyjemny, chociaż skłamałbym gdybym napisał, że jechało się jak po sznurku. Raz nawet musiałem spytać o drogę tubylca, ale patrząc na jego tatuaże zastanawiałem się czy mam go słuchać, czy też czytać. Chociaż korzystałem z mojego GPS’a oraz mapy, to i tak potem aż dwa razy musiałem się zastanawiać na drodze czy jechać w lewo czy też w prawo. No cóż, nie ma to jak dobra znajomość terenu.
Kiedy przyjechałem do ośrodka akurat trafiłem na wieczorną odprawę zlotowiczów prowadzoną przez komandora zlotu. I była to jedyna odprawa na którą zdążyłem przyjechać podczas pobytu w Bartkowej. No cóż, to nic dziwnego, bo trasa z której właśnie wróciłem była też tą jedyną, którą przejechałem na dystansie takim samym, jaki sobie zaplanował organizator.
Dzień zakończyłem siedząc sobie w kuchni naszego lokum z kolegami-współlokatorami, popijając kawę i dzieląc się wrażeniami z przejechanych tras.

Sanktuarium Matki Bożej Niezawodnej Nadziei w Jamnej © karolxii

Dom św. Jacka - brama wjazdowa © karolxii

Zabudowania Domu św. Jacka © karolxii

Nieoczekiwane spotkanie na trasie © karolxii

Przed kościołem św. Andrzeja w Ciężkowicach © karolxii

Z wizytą w ciężkowickim ratuszu © karolxii

Przed wejściem na teren kamiennego miasta © karolxii

Skała "Borsuk" © karolxii

Baszta Paderewskiego © karolxii

Kościół pw. św. Marii Magdaleny w Zborowicach © karolxii

Neoromański kościół Najświętszej Maryi Panny Wniebowziętej w Bruśniku © karolxii

Póżnogotycki kościół pw. Matki Boskiej Różańcowej w Przydonicy © karolxii

Codzienny "raport" wieczorny © karolxii

Wspólne dzielenie się wrażeniami z dnia dzisiejszego © karolxii

Kategoria Interklubowa


  • DST 92.00km
  • Sprzęt GÓRAL 1
  • Aktywność Jazda na rowerze

51 Zlot PTK - dzień III

Poniedziałek, 20 czerwca 2011 · dodano: 09.10.2011 | Komentarze 2


Przebieg trasy: Bartkowa-Posadowa, Rożnów, Roztoka, Tropie, Wytrzyszczka, Kąciny, Kozieniec, Czchów, Jurków, Biskupie Melsztyńskie, Melsztyn, Zakliczyn, Wesołów, Stróże, Filipowice, Roztoka, Bartkowa-Posadowa.

Zaliczone gminy: Łososina Dolna, Iwkowa.

W zasadzie to można by napisać, że jest to dzień pierwszy. A dlaczego ? Ano dlatego, że w tym dniu uczestnicy zlotu mieli do pokonania pierwszą z zaplanowanych przez organizatora tras. Tak, jak to już pisałem wcześniej, trasa ta została wyznaczona w dwóch wariantach: dłuższej i krótszej. Ten pierwszy obejmował pokonanie dystansu 60 km, a ten drugi był dokładnie o połowę krótszy. Wybrałem wariant dłuższy.
Na trasę wyruszyłem z Klubowymi kolegami czyli Rajmundem i Bogusiem. Pierwszym obiektem, który zaliczyliśmy były ruiny zamku Gryfitów. Są to rzeczywiście ruiny w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo tak naprawdę poza paroma resztkami muru ceglanego wystającego z ziemi nie ma tu nic ciekawego. W zasadzie gdyby nie tablica informacyjna to raczej nie domyśliłbym się, że stał tu kiedyś zamek. Przed ruinami zamku spotkaliśmy naszych kolegów z toruńskiego klubu „Przygoda” i po „cyknięciu” kilku fotek ruszyliśmy we trzech w kierunku zapory na Dunajcu. Spędziliśmy kilkanaście minut i tu również postanowiliśmy się uwiecznić na tle tego obiektu. Wracając znad zapory odwiedziliśmy pobliski sklep w którym to koledzy uzupełnili zapasy, a byłem zmuszony poprosić panią ekspedientkę o klucz nasadowy z powodu nieprzewidzianej usterki roweru. Kolejnym etapem naszej wspólnej wycieczki był barokowy kościół p.w. św. Wojciecha i Podwyższenia Krzyża Świętego. Zachęcony przez rowerzystów z innej grupy udałem się do proboszcza tej parafii, który okazał się bardzo miłym i rozmownym człowiekiem - otrzymałem pieczątkę w moim „kocie”:) W tym miejscu nasze drogi czyli Rajmunda i Bogusia oraz moja, tego dnia rozeszły się. Koledzy postanowili wracać do ośrodka, a ja ruszyłem dalej zgodnie z wytyczoną trasą w kierunku ruin zamku Tarnowskich.
Na miejscu zastałem ruiny renesansowej twierdzy, a dokładnie beluard, całkiem dobrze zachowany odcinek muru oraz budynek mieszkalny. Spotkałem również grupę kolegów i koleżanek, którzy również brali udział w zlocie w tym z Klubu Turystyki Rowerowej „KIEKRZ”, z którymi to właściwie rozpoczęliśmy ten rajd. Wcześniej nie mieli co prawda ochoty oglądać tych obiektów, które my zwiedziliśmy i dlatego rozstaliśmy się przed ruinami zamku Gryfitów, ale teraz razem wyruszyliśmy w dalszą drogę. No cóż „kupą” raźniej:) Kolejnym obiektem był pochodzący z poł. XI wieku romański kościół śś. Andrzeja Świerada i Benedykta. Kiedy przybyliśmy na miejsce, świątynia którą chcieliśmy poznać również od środka była „zamknięta na cztery spusty”. Nawet budynek mieszkalny (chyba plebania) stojący w pobliżu wydawał się być opuszczony. Jeden z naszych kolegów wpadł na pomysł wykorzystania stojącej obok dzwonnicy, aby dać ludziom znać że przybyli turyści z Bartkowej;) Efekt był natychmiastowy. Zza tej plebanii wyskoczył jakiś bardzo zdenerwowany Pan wykrzykując coś bardzo brzydkiego pod naszym adresem. Po chwili zauważyłem, że z owego domu idzie w naszym kierunku jakaś kobieta trzymając coś w ręku. Trochę mi było głupio i również ze strony podchodzącej kobiety spodziewałem się ostrej reprymendy. Jednak gdy do nas podeszła zapytała tylko nieśmiałym głosem: „A może pieczątka ?”. No cóż, lepiej być nie mogło. Przeprosiłem tą panią za ten hałas i już po chwili kościół stanął przed nami otworem. A było co zwiedzać...
Po zakończeniu zwiedzania musieliśmy schować się przed deszczem, który właśnie zaczął padać. I znowu okazało się, że w dalszą drogę będę musiał jechać sam ponieważ i tym razem towarzysze mojej wyprawy postanowili wracać do ośrodka w Bartkowej. Podziękowałem zatem za mile spędzone chwile i ruszyłem dalej w kierunku przeprawy promowej w miejscowości Tropie.
Na promie spotkałem kolejnych uczestników zlotu. Po zejściu na stały ląd nie zastanawiając się, postanowiłem jechać dalej w kierunku Czchowa z grupą z którą przepływałem na drugi brzeg Jeziora Czchowskiego. Tym bardziej, że jeszcze płynąc promem widziałem sporą rzeszę „zlotowiczów” jadących właśnie w tamtym kierunku. I tak też zrobiłem. Kiedy jednak dojechałem do drogi prowadzącej do zapory na Jeziorze Czchowskim, której de facto nie było na trasie przejazdu coś mnie tknęło. Sprawdziłem jeszcze raz mapę zlotową i zorientowałem się, że po zejściu z promu zamiast w lewo, pojechałem w prawo. Niestety, ale musiałem się cofnąć aby wrócić na właściwą trasę. Nie pożałowałem jednak mojej decyzji. Dzięki temu miałem okazję zobaczyć (chociaż nie z bliska) stojący obok miejscowości Wytrzyszczka, zamek Tropsztyn. Co ciekawe budowla ta został zniszczona w XVI wieku, ale całkiem niedawno znalazła się prywatna osoba, która zamek ten odbudowała i zrekonstruowała. Szkoda tylko, że jest on dostępny dla zwiedzających tylko w lipcu i sierpniu. Po sfotografowaniu bryły zamku ruszyłem tą dłuższą, ale planową trasą w kierunku Czchowa. Początek nie był łatwy, gdyż szlak prowadził przez lekko zalesiony teren i zanim znalazłem właściwą ścieżkę, trochę musiałem pobłądzić. Jadąc do Czchowa zatrzymałem się w miejscowości Kozieniec oraz w jednej wioseczce, której niestety nazwy nie rozszyfrowałem, ale i tak z każdej z nich mam pamiątkę w postaci zdjęcia miejscowego kościoła.
No i wreszcie dojechałem do Czchowa. Najpierw zrobiłem sobie mały odpoczynek na rynku, bowiem udało mi się „dogonić” ekipę rowerzystów z którą promem przepływałem na drugi brzeg Jeziora Czchowskiego w Tropiu. Po chwili pogawędki z nimi i małym posiłku zwiedziłem sobie gotycki kościół p.w. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny (parafialny), a także ruiny zamku czchowskiego czyli pozostałości wieży zamkowej.
Ruszyłem dalej zgodnie z wytyczona trasą przez Jurków, Biskupice Melsztyńskie, Melsztyn aby na kilkanaście minut zatrzymać się na zakliczyńskim rynku. Zrobiłem pare fotek miejscowemu ratuszowi i dalej pognałem przez Stróże, Filipowice i Roztokę w kierunku ośrodka.
Na miejsce dojechałem ok. godz. 20.00 i zacząłem się czuć powiedziałbym „grypowo”. Tak więc zostawiłem rower w pokoju i ostatkiem moich sił dowlokłem się do najbliżej otwartego sklepu aby kupić sobie jakiś lek przeciwgorączkowy. Łyknąłem gorącą herbatę, zażyłem tabletkę i powędrowałem grzecznie do „łózia” spać, bo przecież musiałem być zdrowy w pełni sił, gotowy na kolejną przygodę. Byłem naprawdę zmęczony. Trasę zaplanowaną przez organizatora na 60 km, ja pokonałem robiąc ich aż 92.

Na trasie © karolxii


Z toruńską "Przygodą" na tle ruin zamku Gryfitów © karolxii


Zapora nad Jeziorem Rożnowskim © karolxii


Kościół p.w. św. Wojciecha w Rożnowie © karolxii


Renesansowe fortyfikacje w Rożnowie © karolxii


Widok na kościół św. Świerada i Benedykta w Tropiu, a w tle Jezioro Czchowskie © karolxii


I znowu na promie, ale tym razem w Tropiu © karolxii


Zrekonstruowany zamek Tropsztyn © karolxii


Kościół w Kozieńcu w drodze do Czchowa © karolxii


Gotycki kościół p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Czchowie © karolxii


Krótki odpoczynek na Rynku w Czchowie © karolxii


Ruiny baszty wartowniczej - pozostałości po czchowskim zamku © karolxii


Widok z baszty na miasteczko © karolxii


Klasycystyczny ratusz w Zakliczynie © karolxii



Kategoria Interklubowa